Zacznijmy od tego, że nastał po raz kolejny bardzo nudny dzień.
Westchnąłem ciężko, wstając niechętnie z łóżka. Dlaczego akurat muszę
żyć tutaj, a nie na Zachodzie? Być może tam mają lepiej? Zero zasad,
zero bycia pod czyjąś kontrolą. Ale właściwie co ja tam wiem o tym
świecie... Pokręciłem głową, gdy niespodziewanie do mojego pokoju weszła
służąca.
-Paniczu... Za godzinę ma Panicz zajęcia z dziećmi - Powiedziała swoim delikatnym głosem.
-Tak zdaję sobie z tego sprawę Stefanio. Możesz odejść. - Odpowiedziałem obojętnie, przeczesując dłonią włosy.
Służąca się ukłoniła i wyszła z mojego pokoju, ja w tym samym momencie
podniosłem się z łóżka by podejść do szafy i wygrzebać jakieś ubrania.
Na moje szczęście znalazłem swoje ulubione jeansowe spodnie i czarną
koszulkę. Zabrałem łuk, który wisiał na ścianie i zszedłem na dół. Broń
położyłem na stole i kierowałem się do lustra, przed którym bardzo
starannie ułożyłem swoje włosy. Wracając do pomieszczenia gdzie
zostawiłem broń, minąłem Enzo.
-Angelo ile razy mówiłem. Na stole się je, a nie strzela z łuku - Stwierdził poważnym tonem.
-Wybacz, ale śpieszę się. Więc nie zwróciłem uwagi na to gdzie zostawiam broń - Wyjaśniłem.
Oczywiście prawda jest taka, że doskonale wiedziałem gdzie daję łuk, ale
trzeba jakoś ominąć gniew ojczyma. A takie zagrania zawsze mi wychodzą,
więc czemu i tym razem nie skorzystać?
-Dobrze. - Odpowiedział i poszedł do swojego biura.
Odetchnąłem z ulgą i od razu zabrałem łuk ze stołu, chcąc wyjść z domu,
jednak Stefania musiała mi przypomnieć, iż nie raczyłem zjeść śniadania.
Trochę tym faktem zdenerwowany zawróciłem by złapać jedną z kanapek,
którą następnie zjadłem w pośpiechu. Udałem się na polanę, gdzie zawsze o
umówionej porze ćwiczyłem z dzieciakami, a czasami nawet i ze
starszymi. Na takiej nauce spędzam z ludźmi jakieś pół dnia, a potem co
mam robić? Przecież tutaj nic ciekawego się tak na serio nie dzieje.
Same nudy. Taka osoba jak ja potrzebuje stałej rozrywki, a tutaj sobie czegoś takiego nie zapewnię. Skoro tak to może....
Z szerokim uśmiechem na twarzy zakończyłem na dziś lekcję, ponieważ
miałem bardzo genialny plan. Czemu nie iść i nie zobaczyć jak żyją na
Zachodzie? W końcu nikt tego mi nie zabroni, a układy ze strażnikami się
ma. Tak czy inaczej, długo nie zwlekając udałem się pod mur, gdzie na
spokojnie przekupiłem strażnika. Z zadowoleniem po 10 minut mogłem już
być na terenie naszych... Wrogów? Rozejrzałem się uważnie po lesie w
którym aktualnie się znajdowałem. Jak tutaj cicho... idealne miejsce na
ćwiczenie z bronią. Odłożyłem wszystkie sztylety oraz pistolet na
pobliską skałę. W dłoń chwyciłem łuk i upatrzyłem sobie jeden trudny
punkt, do którego zamierzałem strzelać przez chwilę, a potem poszukać
być może coś innego? Oddałem jeden strzał i nie chybiłem. No bo jak to
tak? Ja bym chybił? Nie ma mowy. Jednak jedna bardzo ważna rzecz mnie
zaniepokoiła. Usłyszałem jakiś szelest, a gdy się odwróciłem jakiś
6-latek trzymał mój pistolet w ręku. W pierwszym momencie chciałem w
niego strzelić, taki odruch obronny, ale toż to jeszcze dziecko.
Prychnąłem pod nosem, podchodząc do chłopca, by zabrać mu broń.
-Nie wolno się bawić bronią palną. Jeszcze byś sobie coś zrobił - Powiedziałem poważnie i rozczochrałem mu włosy.
Tak... Nienawidzę ludzi, ale dzieciaki są nieszkodliwe oraz przeważnie
robią to co się im każe, więc je jeszcze znoszę i toleruję.
(Hafetesona? XD)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz