- Jeden postój, nic więcej na miejscu będziemy przed świtem.
- Idealnie. - powiedziałem sam do siebie.
Nie lubię przebywać na zachodniej stronie, więc wiadomość że będziemy
tam tylko na chwilę nieco mnie pocieszyła. Tym bardziej że jadąc z nią
na zachód nie mogę skupiać się na niczym innym niż na pilnowaniu jej.
Gdyby nie to mógłbym po prostu zapewnić sobie rozrywkę w postaci
wykorzystywania zachodniej ludności, przy niej niestety jest to
niemożliwe.
Dopóki nie przekroczyliśmy muru nic się nie wydarzyło. Nawet nie
rozmawialiśmy .Zresztą trudno było rozmawiać gdy Kat ciągle
przyśpieszała tempo. Dopiero gdy przekroczyliśmy mur i wjechaliśmy do
zatęchłego miasteczka, Kat zwolniła konia do wolnego kułsu. Zacząłem
rozglądać się wokół, zwracaliśmy bardzo dużą uwagę mieszkańców .W sumie
co się dziwić, jako nieliczni mieliśmy czyste ubrania i jako jedyni w
całym miasteczku jechaliśmy konno.
Z daleka miasteczko wydawało się głośne, jednak gdy tylko
przejeżdżaliśmy obok, ludzie milkli i nieskrepowanie wlepiali w nas
oczy. Niektórzy żebracy wręcz ślinili się na nasz widok, odsłaniając
swoje ubytki w uzębieniu. Gołym okiem można było zauważyć jak pomiędzy
straganami z nieapetycznie wyglądającymi owocami przebiegały szczury. Na
drodze która jechaliśmy było okropnie brudno i ślisko, przez resztki
ryb z jakiegoś powodu tu wyrzucone. Nagle jednej z sprzedawczyń owoców,
spadło jabłko, prosto w błoto pomieszane z wnętrznościami wypatroszonej
ryby. Wtedy z zupełnie drugiej strony ulicy chłopiec rzucił się na nie,
prawie wpadając pod kopyta mojego konia, na co nawet nie zwrócił uwagi.
Porwał brudne jabłko i uciekł w jedną z uliczek.
Co prawda doskonale wiem jak wygląda życie na zachodzie , ale w moich
najgorszych wspomnieniach nie było tak tragicznie. Musieliśmy trafić do
naprawdę najbiedniejszej dzielnicy. Brzydziłem się ludzi których tu
widziałem, więc chcąc nie chcąc skupiłem wzrok na Kat. Ona była spokojna
patrzyła tylko przed siebie, nie rozglądała się niepotrzebnie na boki. W
pewnym sensie zaimponowała mi tym.
- czy on wiedzą kim jesteś? Nie boisz się ze będą chcieli cos ci
zrobić? - zapytałem zapomniając o formach grzecznościowych jakich
przecież powinienem używać w stosunku do księżniczki, ona jednak nie
zareagowała na mój brak kompetencji.
- Od tego przecież mam ciebie, jesteś moim strażnikiem. - odpowiedziała spokojnie.
- Wiadomo że tak, ale nie boisz się ze gdy coś umknie mojej uwad... - nie skończyłem bo mi przerwała.
- Pozostawiona sama sobie tez nie jestem bezbronna.
Miałem wrażenie że nie do końca znała sytuację w jakiej się znajduje.
Jej ojciec jest najbardziej znienawidzonym człowiekiem w okolicy,
dosłownie każdy czycha na jego życie. A ona jako jego córka jedzie
sobie jakby nigdy nic przez środek miasta. Byłem pewny że co najmniej
połowa zebranych na rynku ma świadomość kim ona jest. Mimo to była
spokojna.
Gdybym teraz pozwolił aby coś jej się stało, to byłby mój jawny koniec.
Jej kochany tatuś na pewno nie pozwoliłby mi dożyć kolejnego dnia.
Starałem się jednak ukryć moje wątpliwości, i tak jak ona przejechałem
przez całe miasteczko z podniesioną dumnie głową, patrząc z góry na
mieszkańców.
W końcu wyjechaliśmy z miasteczka, i skierowaliśmy się do gospody która
znajdowała się na jego obrzeżach. Uwiązałem konie i pomogłem Kat zejść.
-Nie boisz się jeść po zachodniej stronie? - zapytałem otrzepując ręce.
-Nie martw się do tej gospody mają wstęp tylko ludzie z wschodu . Czyli
np. strażnicy pilnujący tu porządku, i spokojnie kucharz też jest ze
wschodu.
Chcieliśmy wejść do gospody ale na naszej drodze stanął skulony
mężczyzna, z pobitym garnkiem w ręku. Był ubrany w zasikane za duże na
niego ubrania, a twarz miał spuchniętą tak mocno że ledwo można było
dojrzeć jego zaropione oczy.
Automatycznie pociągnąłem Kat do tyłu i stanąłem przed nią nie narażając jaą na kontakt z tym kimś.
- Pomóż mi błagam. - powiedział do mnie przysuwając swój pobity garnek bliżej mnie.
Nie chciałem dotykać nawet tego garnka, odepchnąłem go nożem który wcześniej zdążyłem wyjąć.
- Zejdź nam z drogi. - powiedziałem w miarę spokojnie.
Ten za to padł na swoje poobijane kolana i zaczął jeszcze bardziej błagać, tym razem krzycząc że jest chory i głodny.
Nie widziałem reakcji Kat na ten cały teatrzyk bo stała za mną. Ale
pomyślałem ze cała ta żałosna sytuacje mogę wykorzystać aby jej
zaimponować. Jestem pewien że nabrała się na lament tego obrzydliwego
starucha, i tylko by mnie zwyzywała gdybym go pogonił. Sięgnąłem więc po
pieniądze które przy sobie miałem i dokładnie połowę z nich wrzuciłem
do jego pobitego garnka, dokładnie pilnując aby nie dotknąć przypadkiem
nawet brzegu. Kto wie skąd go w ogóle wziął .
Uradowany starzec prawie podskoczył gdy usłyszał dźwięk monet uderzających o porcelanową powierzchnie. Podziękował i odszedł.
Westchnąłem, dobrze wiem ze sam z siebie nigdy bym tego nie zrobił.
Człowiek który nie umie przetrwać po prostu powinien umrzeć, a ja
wydłużyłem jego marne życie o jakiś tydzień . Od patrzenia na niego
chciało mi się wymiotować no ale czego nie robi się dla Kat....
Katfrin?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz