wtorek, 2 maja 2017

Od Alexandra

Zagłębiłem się w swój puchaty szalik. Dzisiejszy poranek był dosyć chłodny i wiał zimny wiatr. Nieczęsto mam dni wolne, a gdy już nadejdą jest to idealna okazja, aby wybrać się do lekarza po lekarstwa. Ostatnia paczka, jaką mi przepisano, była już na wykończeniu. Przydałoby się też coś na przeziębienie, nie lubię zaniedbywać swoich zadań, a choroba jak najbardziej przeszkodziłaby mi w realizacji celów. Wolnym krokiem doszedłem do kliniki. Poczekalnia była całkowicie zapełniona przez chorych. Na wejściu przywitałem się szybkim "Dzień dobry" i stanąłem przy ścianie. Rozglądałem się ukradkiem po pomieszczeniu. Panował niezwykły chaos i gwar. Ludzie, niczym zwierzęta, przepychali się nawzajem. Dzieci, nie dość, że biegały pod nogami to wydawały z siebie nieokrzesane dźwięki. Wzruszyłem ramionami. Nie wydaję mi się, abym szybko odbył tę wizytę. Właściwie tak jest zawsze. Najprawdopodobniej do domu wrócę dopiero popołudniu. Byłem przygotowany na tak długie oczekiwanie. Z torby, z którą nie rozstaję podczas wycieczek na miasto, wyjąłem książkę. Było to kolejne dzieło mojego ulubionego pisarza - horror. Opowiada historię kobiety i jej męża, którzy po stracie dziecka wyprowadzili się z miasta do małego wiejskiego domku, aby "odpocząć od tego wszystkiego". Jednak w chatce zaczynają się dziać dziwne rzeczy. Zdają sobie sprawę, że coś jest nie tak, gdy ktoś morduje im psa, a jego rozczłonkowane ciało porozrzucane zostało po salonie. W tą powieść wciągnąłem się niesamowicie. Sam nie wiem, kiedy zleciała mi połowa.
Wszystko powoli stawało się cichsze. Co jakiś czas rozglądałem się, aby nie przegapić swojej wizyty. Jestem pewien, że niejedna osoba by z tego skorzystała i skróciła czas oczekiwań, chociaż w takim zgiełku nazwałbym to bardziej czasem cierpień. Moja kolej zbliżała się dosyć szybko. Schowałem książkę do torby i przeszedłem się, aby rozprostować kości. Spojrzałem na zegarek. Nie miałem pojęcia kiedy minęły mi te trzy godziny. Osoba przede mną właśnie wyszła z gabinetu, moja kolej.

                                                                 ~~~~ ** ~~~~

Zmierzałem do apteki, spoglądając na receptę. Za to wyjdzie fortuna, ale plusem jest to, że mój stan nie pogorszył się. Wszedłem do budynku. Kolejka nie była duża. Szybko zakupiłem lekarstwa. Oczywiście płacąc za nią sporą sumkę, a przydałoby się kupić coś na obiad.
Ruszyłem w stronę jednego ze sklepów. Zastanawiałem się czy taniej wyjdzie mi kupno gotowego już obiadu, czy coś co będę musiał przyrządzić sam. Prawdą jest, że jestem osobą dosyć oszczędną, a nawet skąpą. Po przeczytaniu informacji z jednego z gotowców, uznałem, że bezpieczniej będzie ugotowanie coś samemu (bo będę wiedział co to właściwie jest). Nie mogłem odmówić sobie tej przyjemności i zawędrowałem do działu ze słodyczami. Urzekły mnie ptysie z lukrem. Nie potrafiłem przejść obok nich obojętnie i dwa z nich wylądowały w moim koszyku. Kupiłem też kilka warzyw, zrobię jakąś zupę, na bogato!
Za wszystko zapłaciłem, spakowałem do swojej torby i udałem się do domu. Była już trzynasta. Owinąłem się szczelnie szalikiem. Było jeszcze zimniej niż rano. Na moje nieszczęście się rozpadało, a do siebie mam jeszcze kawałek drogi. Jedynym plusem tak perfidnej pogody było to, że ludzie pochowali się do swoich mieszkań. Ulica szybko opustoszała. Usłyszałem ciche miauczenie. Pod dachem jednego z domu siedział kot. Wpatrywał się we mnie wielkimi, zielonymi oczami. Mijałem go często przechodząc tą drogą. Często głaskałem go, albo częstowałem przysmakami, które ukrywałem w kieszeni. Najwyraźniej zwierzak poznał mnie i pomimo deszczu, zaczął się łasić. Pogłaskałem go po brązowym łebku i poczęstowałem suchą karmą. Nie miałem swoich zwierząt, ponieważ nie miałbym dla nich czasu. Mimo to kochałem je całym sercem. Zostawiłem kocura. Nadal muszę wrócić do domu, a deszcz się nasila.
Wychodziłem zza rogu, gdy poczułem na sobie czyjś ciężar. Upadłem na ziemię, osoba, która na mnie wpadła (albo ja na nią), również. Teraz nie tylko głowę mam mokrą. Podniosłem się i pozbierałem porozsypywane rzeczy. Moje warzywa zostały umyte przez samą Matkę Naturę! Popatrzyłem na osobę, która na mnie wpadła. Wyglądała na bardziej obolałą.
- Przepraszam - powiedziałem i podałem rękę, aby pomóc wstać.
(Ktoś?)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz